siemiradzki_1140x500

Rzecz o nieznanym utworze literackim Henryka Siemiradzkiego

W zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie znajduje się niezwykły zabytek – nowela autorstwa wybitnego malarza Henryka Siemiradzkiego zatytułowana „Nasza lampa”. Napisał ją po włosku, prawdopodobnie powstała wiec w okresie po 1872 r., kiedy artysta przeniósł się już na stałe do słonecznej Italii. Ciekawostką jest to, że autor dedykował ją Mani Milkuszyc. Co wiemy o muzie malarza – pisarza?

Maria Milkuszyc pochodziła ze znanej ziemiańskiej rodziny Milkuszyców i była bratanicą rzeźbiarza Władysława Milkuszyca i literatki Emilii Lejowej. Sama była pisarką, aktywną twórczo w latach 90 XIX wieku. Przyznać należy, że jej twórczość nie należała do literatury ambitnej. Są to powieści moralizatorskie z jasno zarysowanymi dwoma grupami głównych bohaterów. Do pierwszej należą nieskazitelni i niezłomni moralnie, gotowi postawić wszystko aby tylko uratować honor i godność oraz druga – zdecydowanie czarne charaktery, gdzie celem są tylko pieniądze, a każda droga do ich osiągnięcia jest dozwolona.

Aby zaznajomić Państwa z talentem Mistrza oddajmy mu głos, choć na kilka akapitów.

pismo_wloskie_750,,Kupiłem ją w przeddzień zaślubin i po raz pierwszy zapaliła ją ręka mej małżonki pierwszego wieczora po naszych godach.
Lampa ta była także pierwszą rzeczą, która przyciągnęła uwagę mojej żoneczki, gdy po opuszczeniu kościoła powiodłem ją do mego mieszkania, złożonego z dwóch niewielkich pokoi.

Wciąż widzę, jak moja małżonka, ubrana na biało w skromny strój panny młodej, z odrzuconym w tył welonem odsłaniającym jej czoło, na którym wiły się piękne jasne loczki, zbliża się do stoliczka i złożywszy razem dłonie obleczone w białe rękawiczki, wykrzykuje: „Jakaż piękna lampa!” Rzeczywiście wyglądała prześlicznie: podstawa z brązu, na niej stojąca kobieta podpierała zbiornik z białego kryształu, okolony podwójnym rzędem amorków podtrzymujących girlandy róż, płomień czterdziestka, z kloszem uformowanym w kształt lilii.

Lampa ta była jedyną oznaką luksusu w naszym ubogim mieszkanku i bez wątpienia z tego względu natychmiast przyciągnęła spojrzenie pięknych, błękitnych oczu mojej małżonki, która pomimo swej pozycji ubogiej sieroty, utrzymującej się skromnie z dawania lekcji na mieście, miała jednakowoż subtelny i elegancki gust, który niekiedy zaspokajała poświęcając nań oszczędności uczynione kosztem rzeczy niezbędnych do życia, czasem nawet ze szkodliwym dla jej zdrowia skutkiem.

Gdy wybrałem ją na towarzyszkę mojego smutnego i ciężkiego żywota, nie posiadała ona żadnej innej wady; wady, która dla osób o korzystniejszej pozycji mogłaby być wręcz zaletą.

Boże mój! Jakże piękne i radosne wydało się nasze przeznaczenie tego wieczora, spędzonego w blasku naszej ślicznej lampy! Usadowieni na małej sofie, pokrytej bawełnianym obiciem, trzymając się za ręce, po raz tysięczny wytyczaliśmy naszą przyszłość. Nie przerażała nas praca, byliśmy bowiem do niej przyzwyczajeni, teraz rysowała nam się ona wręcz jako przyjemność, gdyż zamiast lamentować każde w sierocym żywocie, będziemy mogli pracować razem, by zapewnić sobie wzajemne szczęście. Zapewne początek naszej drogi będzie trudny, jednak później wszystko ulegnie zmianie, pokonamy wszelkie trudności, wszystko będzie iść w dobrą stronę i na koniec nasze życie stanie się prawdziwym rajem… Tak opowiadając, zatapiałem nieustannie wzrok w oczach mej uwielbianej żoneczki, które rozjaśniały się wspaniałym światłem, pełnym miłości gotowej na wszelkie poświęcenia w drodze wiodącej do szczęścia. Uczucia rozpalające serce i oczy mej małżonki dawały mi pewność, iż nie istnieje przeszkoda, przed którą zgiąłbym kark.

Na wprost naszego mieszkania znajdował się wspaniały apartament, usytuowany na pierwszym piętrze. Zajmowało go również dwoje małżonków: mąż był młody i przystojny, zaś żona brzydka i leciwa. Mąż, którego nieszczęsna przyciągnęła swoją fortuną, nie zadawał sobie już w ogóle trudu, by udawać do niej uczucie, którego nigdy nie żywił. Siedzieli zawsze oddaleni od siebie w pokrytych aksamitem fotelach; mąż, ziewając, czytał dziennik, zaś żona, oparłszy głowę na ręku, patrzyła w dal z nieutulonym smutkiem i znudzeniem. Podprowadziłem do okna moją żonkę i wskazawszy jej nieszczęsną parę, powiedziałem: „Popatrz, kochana, i powiedz szczerze, – czy widok tego luksusu, tych brązów, koronek, aksamitów i dywanów nie spowoduje, iż pewnego dnia pożałujesz, że związałaś na zawsze swe życie z moim? Kto wie, może znalazłabyś także i ty jakiegoś bogacza w podeszłym wieku, który w zamian za twą urodę i młodość obdarowałby cię podobnymi rzeczami… Nie pozwalałby ci jedynie, moja droga dziecinko, ziewać w swej obecności, bowiem starzy mężowie są większymi tyranami niż leciwe żony. Jednakże kilka uśmiechów, kłamstewek i wymuszonych pieszczot zapewniłoby ci karety, spektakle teatralne i toalety, całe to łatwe życie właściwe bogatym. Powiedz mi, powiedz, moja miła, czy nie będziesz kiedyś żałować?”

Zarzuciła mi ramiona na szyję i przytulając mnie mocno, powtarzała „nigdy, przenigdy!” głosem czułym i słodkim, a ja po każdym wypowiedzianym słowie składałem namiętny pocałunek na jej drżących wargach.

#
Minęły dwa lata. Raz jeden byliśmy w teatrze, latem nie wyjeżdżaliśmy nigdy na letnisko, nie słyszeliśmy gry żadnego podróżującego i sławnego artysty, nie mieliśmy stałego dnia, w którym przyjmowalibyśmy w domu gości. Pomimo tego byliśmy niezwykle szczęśliwi, moja żona nawet bardziej niż ja, bo mnie do pełni szczęścia brakowało małego łóżeczka, pary różowych rączek, drogiego krzyku małej istotki. Byłem nieco zdumiony widząc, że moja żona nie wydawała się cierpieć, będąc pozbawioną świętych radości macierzyństwa. Rozmówiłem się z nią na ten temat pewnego dnia; małżonka ma przyjęła wtedy nader poważny wyraz twarzy i wyjaśniła mi, że w naszej pozycji jest to prawdziwa łaska z nieba, bowiem pragnienie dania życia istotce, której na świecie nie spotkałoby nic poza zgryzotami, byłoby prawdziwym egoizmem.

Rok później ciężko zachorowałem i przez kilka miesięcy nie mogłem opuścić łóżka. Mój stan pogarszał się wraz z prawdziwym duchowym męczeństwem: widziałem moją uwielbianą żonę, którą chciałem prowadzić przez życie ścieżkami usłanymi różami, trudzącą się pracami nader męczącymi i przynoszącymi dochód zbyt niewielki, by sprostać wydatkom wzrastającym przez moją chorobę i brak pieniędzy, które zarabiałem za kontuarem.

W końcu, widząc, że jej praca nie wystarczała, i nie znajdując nikogo, kto pożyczyłby nam pieniądze, nieszczęsna kobieta zdecydowała się sprzedać jedyne klejnoty, jakie posiadała: parę kolczyków, medalion i bransoletkę ze złota, kupione niegdyś, w panieńskich czasach, za oszczędności poczynione na najniezbędniejszych do życia rzeczach.

Uczyniła to nie mówiąc mi ani słowa, lecz natychmiast spostrzegłem zmianę w jej zachowaniu. Poświęcała się dla mnie, ale zaczynała odczuwać zmęczenie tym bohaterstwem, do którego zmusiły ją okoliczności. Moje serce wypełniało się goryczą przeciwko przeznaczeniu; być może także przeciwko mojemu!

Wyznałem jej z miłością przyczynę mego zasmucenia, i dopiero wtedy zdecydowała się wyznać mi, że sprzedała te jakże drogie jej rzeczy, które tak lubiła nosić. Uczyniłem jej kilka wyrzutów mówiąc, że źle uczyniła nie rozmawiając ze mną wcześniej, gdyż z pewnością znalazłbym inny sposób zdobycia dla nas niewielkiej sumy pieniędzy. „Ty miałbyś znaleźć”, odpowiedziała mi gorzkim tonem, „o mój drogi, dobrze widzę, że pozostajesz wiecznym optymistą”, tak bowiem często mnie określała, „zaś ja, powiem ci, ja, która widzę prawdziwy charakter rzeczy, że jeśli twoja choroba trwać będzie jeszcze dwa miesiące, to będziemy zmuszeni pozbyć się ostatniej sztuki mojej odzieży.”

Odczułem ból jak gdyby ktoś przykładał mi rozżarzone żelazo do otwartej rany; niemożebne, by dało się bardziej cierpieć. Wierzę nawet dziś, że przez moją małżonkę nie przemawiała wtedy niegodziwość, lecz gorycz, która w nadmiarze wypełniała jej serce, która skapywała z jej warg, mimo iż nie była tego świadoma”.

Jaki jest dalszy los małżonków? Oddalali się od siebie bez słów, mąż obserwował tylko zmiany w zachowaniu swej żony, która nie mogła ukryć wzgardy do niego. Zmieniło się także sąsiedztwo, zmarła bogata stara żona, zostawiając cały majątek młodemu wdowcowi. Pewnego dnia mąż wracając z pracy zastał tylko list:
„Nie oskarżaj mnie, mój drogi, lecz spróbuj mnie zapomnieć. Nie potrafię dłużej dawać Ci szczęścia… Wierz mi, walczyłam dość długo, lecz nie mogłam przezwyciężyć fali odradzających się we mnie pragnień. Zmuszać się do wykonywania prac, które napawają mnie wstrętem – to przekraczało moje siły. Biorąc Cię za męża, mało znałam siebie samą – to mój największy grzech i moje nieszczęście. Wierzyłam, że miłość może zająć miejsce tego wszystkiego, czego można pożądać, wszystkich pragnień mej duszy. W pierwszych latach dokładnie tak było. Lecz teraz już Cię nie kocham… Dlatego też…”

Zniknęła żona, zniknął też przystojny, bogaty sąsiad. Nasz bohater zaś zapadł na długą chorobę, podczas której sprzedano wszystko co jeszcze nadawało się do spieniężenia w jego mieszkaniu. Po wielu latach przechadzając się ulicami, natknął się na targ uliczny gdzie właśnie licytowano starą lampę, w której poznał swoją własność. Oddajmy po raz ostatni głos bohaterowi, który wrócił do domu z zakupem:
,,Natychmiast zapaliłem lampę i, pogrążywszy się w myślach, zacząłem się jej przyglądać. Kontemplowałem ją przez godzinę, licząc rozmaite uszkodzenia, którymi naznaczył ją czas.

Przeklęta lampo! Uśmiech zniknął z warg twoich amorków, ich twarzyczki całe się zatarły; kwiaty straciły swe barwy, girlandy wyglądają na podstarzałe; płatki lilii są poszczerbione, na próżno szukać ich mlecznej bieli. Kładę rękę na twej podstawie i myślę, ileż szorstkich dłoni wyczyściło ślady aksamitnych palców tej rączki, która była moja i moją miała pozostać na zawsze? Gdzież przebywa ona teraz…?

Zdawało mi się, że w głębokiej ciszy osamotnionego pokoju znów słyszę ukochany głos powtarzający mi z czułością nigdy, przenigdy!” i czuję, jak moje wargi składają pocałunek na drogich ustach mej żoneczki… Czuję, i nie jest to złudzenie, lecz rzeczywistość, że wilgotnieją mi oczy, i święte łzy wspomnienia, które z nich spływają, unoszą z mego serca ogromny ciężar, jaki spoczywał na nim tyle lat. Nie jestem już sam, pokoik mój pełen jest słodkich obrazów, których pamięć powraca; to wszystkie drogie wieczory spędzone razem w świetle naszej lampy.

Któżby w to uwierzył; kto uwierzyłby, że to samo światło, które widziało mnie młodym i pełnym nadziei na bankiecie życia, ujrzy mnie też nieszczęsnym, pochłaniając okruchy pozostawiane mi przez pamięć…
A ona… Czy i ona pamięta o naszej lampie?

Henryk Siemiradzki, ok. 1900
Henryk Siemiradzki, ok. 1900

Mam nadzieję, że jedyna znana nam próba aktywności literackiej Henryka Siemiradzkiego zaintrygowała Państwa i sami Państwo odpowiedzą sobie na pytanie czy szkoda że nie napisał więcej.

dr Kamilla Twardowska – adiunkt w Dziale Sztuki Dawnej, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii. W MNK pracuje od 2011 r. Jej zainteresowania badawcze koncentrują się na późnym antyku – historii politycznej i społecznej.

Pin It

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *